Oparłem się o framugę okna, z lekkim rozmarzeniem wspominając czasy swojego przybycia do Playhouse. Było to mniej więcej pięć lat temu, coś koło świąt, bo padał wtedy śnieg, a z pobliskiego supermarketu słychać było trzeszczącą piosenkę "Frosty the snowman" w niezbyt brawurowym wykonaniu. Pamiętam jak dziś ten strach podczas biegu zatłoczonymi ulicami. Potrąciłem jakiegoś grubego jegomościa z zapachem ryby na kurtce, a on nawrzeszczał na mnie mimo mojego absolutnego braku uwagi dla jego osoby. To fascynujące, jak ludzie potrafią się przeceniać tylko dlatego, że myślą o sobie w pierwszej osobie. Biegłem dalej, aż w końcu wpadłem na niego... dosłownie wpadłem, jak dziś czuję swój nos w skórzanej kurtce koloru dojrzałej śliwki amerykanki. Jeżeli jest jakiś wzorzec opisujący "oszałamiające pierwsze wrażenie" to z pewnością jest nim moje spotkanie z Rene. Blondyn z dobrego domu w ubraniach pachnących nowością i światowymi markami, z dokładnie ułożonymi włosami i niedbałym uśmiechem na twarzy przedstawiającej hinduski ideał symetrii, był kimś, o kogo spotkaniu mogłem do tej pory jedynie marzyć.
- Rene, co tam się dzieje? - spytała jakaś dystyngowana dama w płaszczu z nie najtańszego centrum handlowego i czerwonych kozakach na wysokim obcasie. Jak się potem okazało, była to pani Katze, dla której miałem odtąd pracować.
- Nic, nic. Po prostu rozpoczynam nową znajomość - uśmiechnął się nieco szerzej, pociągając mnie przed siebie i prezentując kobiecie. Ta przyjrzała mi się od góry do dołu i przekrzywiła głowę.
- Szukasz domu, prawda? - nie miałem zielonego pojęcia, skąd to wiedziała, ale kiwnąłem głową.
- A interesowała by cię może praca u mnie? Zapewnię ci dach nad głową, wszelkie konieczne wykształcenie, opiekę medyczną i całą resztę. Miałbyś po prostu towarzyszyć Rene, gdziekolwiek pójdzie, nic trudnego - wtedy jeszcze myślałem, że nie będzie to nic trudnego. Życie tą teorię miało zweryfikować już wkrótce...
-...ki, Aki! - z rozmyślań wyprowadził mnie Rene, który trzęsąc mną niczym manekinem krzyczał moje imię.
- Przestań już, Rene! Na chwilę nie można się zająć sobą? - nie był to wyrzut, raczej pusty frazes odpowiadający sytuacji. - Przez ciebie kręgosłup zaczyna mnie boleć - fuknąłem, strzepując jego ręce ze swoich ramion i chwytając się za nasadę kręgosłupa. Ten zaczynał przypominać o sobie, na szczęście tylko nieśmiałym pulsowaniem.
- Przepraszam, ale jesteś straszny, gdy się tak wyłączasz. Wszystko w porządku? - w głosie blondyna wychwyciłem troskę. Uśmiechnąłem się na to spostrzeżenie, po czym tylko westchnąłem.
- Czy ja wyglądam ci na kogoś z problemami? - spytałem, przeciągając ostatnią sylabę każdego wyrazu w starym nawyku. Nie do końca byłem pewny, skąd on się wziął, ani dlaczego, ale był i przypominał się za każdym razem, gdy irytacja brała nade mną górę.
- Dobra, już dobra. Masz gości - stwierdził, kiwając głową na krzesełka pod ścianą biura. Rzeczywiście, nie byliśmy sami, choć nie przypominałem sobie, kiedy mogli się pojawić goście. Najwyraźniej zamyśliłem się głębiej, niż podejrzewałem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz