Przeszedłem korytarzem do okrągłego okna na dachu i otworzyłem je. Na dworze było chłodno, ale w tym momencie cieszyłem się z tego. Podciągnąłem się i wszedłem na spadzisty dach, przymykając szybę za sobą nogą. Przeszedłem aż do komina i usiadłem przy nim, zwrócony w stronę księżyca. Dopiero po chwili zorientowałem się, że byłem cały mokry. Padało, choć był był to ten szczególny rodzaj deszczu, o którym w moim kraju mówiona "mglisty", gdy nie widać kropel, a wszystko dotknięte jego niewidzialną dłonią staje się wilgotne aż do rdzenia swojego jestestwa. Przeciągnąłem się i zacząłem nucić starą melodię japońską - "Kojo no Tsuki", czyli "Księżyc nad zamkowymi ruinami". Nie aż tak dawno miałem próby do przedstawienia. Dla rozluźnienia zacząłem sobie przypominać detale kimona, w którym odgrywałem swoją rolę. Pierwsze było białe jak śnieg, delikatne i cienkie, choć nie składające się. Drugie, kimono właściwe, było szkarłatnoczerwone o mieszanej fakturze, przybierając pod wpływem światła odcienie od szkarłatu dachów świątyń shinto, aż po czerń bezksiężycowej nocy. Miało też troszkę krótszy rękaw niż poprzednie, aby pokazywać brzeg każdej warstwy. Ostatnie kimono sięgało jedynie nieco poniżej bioder, z najdłuższym i najszerszym rękawem, wykonane z ciężkiego materiału. Na lśniącej powierzchni w odcieniu mocnego błękitu pruskiego odznaczały się setki ręcznie wyszywanych kwiatuszków młodej jabłoni i czereśni, połączone na jednorocznych gałązkach i pnączach o małych, szerokich listkach, przypominających nieco te europejskich lip. Koobieta, którą grałem była boginką, córką arystokratycznego Tsukiyomi - boga księżyca i wodnej pani, określanej przez nas youkai, Mizunagi. W kulminacyjnej scenie, ogarnięta tęsknotą za niebiosami, gdzie jej ojciec przebywa, unikając wzroku wielkiej Amateratsu, jednocześnie z melancholią wspomina matkę, a w onirycznym i wręcz somnambulicznym tańcu towarzyszą jej widma smoków w zwiewnych szatach, to na jawie, to w sferze duchów.
Dopiero teraz zorientowałęm się, że ktoś obok mnie siedzi. Spojrzałem w bok, a mój towarzysz odsunął się ode mnie, gdy zobaczył parę świecących oczu. Przyzwyczaiłem się już do tego. Z lekkim zaskoczeniem przyjąłem fakt, że mój koci wzrok nie wywołał jedynie strachu, a, może i zwłaszcza, fascynację pięknem.
- O co chodzi? - spytałem, strzepując krople z włosów, może nieco zbyt naśladując filigranowe bohaterki teatru kabuki.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz